fot. Hubert Komerski

„Ostatnia Rodzina” – od łez radości do łez wzruszenia

„Ostatnia rodzina” – film opowiadający o nietuzinkowej rodzinie Beksińskich, nad którą zdaje się ciążyć jakieś fatum, to debiut reżyserski Jana P. Matuszyńskiego. Przed premierą zastanawiano się, czy sprosta on oczekiwaniom przyszłych widzów. Wszak sam Zdzisław Beksiński to postać niewątpliwie unikatowa, dlatego tak ważne było pokazanie go nie tylko jako utalentowanego artystę, ale szczerego, kochającego człowieka, który stara się poprawić relacje z synem.

Ambiwalentne uczucia

Film wciąga i zaskakuje, bez względu na to, czy znamy życie Beksińskich chociażby z biografii, czy „spotykamy się” z nimi po raz pierwszy. To ponad dwugodzinna historia, która wzrusza. Dostajemy podane na tacy szczere emocje, które najpierw wywołują u nas uśmiech, a później sprawiają, że mamy przeszklone oczy. Wbrew pozorom, film nie opowiada jedynie o malarstwie Zdzisława Beksińskiego, ani też nie jest to jego główny wątek. Mamy wrażenie, że oglądamy film o rodzinie, jakich są tysiące – zwykłej, żyjącej skromnie, w wielopokoleniowym mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Sonaty. Zostajemy wciągnięci w ich problemy życia codziennego, przez co czasem przypomina ono dom wariatów. Mimo przeszkód, które nieustająco los rzuca pod nogi rodzinie, większość jej członków jawi się jako osoby pogodne, z poczuciem humoru. Wyjątkiem jest tutaj postać Tomasza Beksińskiego, która przejawia myśli samobójcze już od pierwszych minut filmu. I to jego relacja z rodzicami, kobietami jest jednym z wątków, które wysuwają się na pierwszy plan.

Motyw śmierci

W opowieści o rodzinie Beksińskich nieustająco przewija się motyw śmierci. Choć zapewne obrazy Zdzisława Beksińskiego uznamy za mroczne – sam właściciel paryskiej galerii sztuki, który odwiedza Beksińskiego, był zaskoczony faktem, że nie żyje on w zamczysku – artysta przeczy temu, jakoby takie właśnie były. Nie da się natomiast uciec od wątku przemijania, gdy opowiada się historię tytułowej rodziny. Gdy odchodzi jedna z babć Tomasza, można odnieść wrażenie, że ciągnie to za sobą lawinę kolejnych kataklizmów. Następne minuty filmu to śmierć zniedołężniałej matki Zofii, a później także – w wyniku tętniaka aorty – jej samej. Wkrótce samobójstwo popełnia jedyny syn małżeństwa Beksińskich – ceniony polski dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz języka angielskiego, Tomasz. Warto podkreślić fakt, że Zdzisław Beksiński filmował wszystkich zmarłych, co również wzbudzało skrajne uczucia wśród widowni. Gdy odnalazł swoją zmarłą żonę, leżącą na podłodze, pierwszą czynnością, którą wykonał, było chwycenie za kamerę i nagranie jej. Po szeregu tragedii w rodzinie Beksińskich, gdy wydaje się, że już nic złego nie może się stać, zostaje brutalnie zamordowany Zdzisław. Widz zostaje sam na sam z jednym z obrazów Beksińskiego, pod którym na podłodze ciągnie się smuga krwi, ukazanych na dużym ekranie.

Debiut doskonały

Gdy pojawiły się napisy końcowe, słychać było skrajne komentarze – niektórzy, podejrzewam, że ci, którzy nie zagłębiali się w życiorys Beksińskiego, byli zaskoczeni zakończeniem filmu, inni zdezorientowani, a jeszcze następni wzruszeni. Gdy opuszczaliśmy salę, zapadła cisza. Film nikomu nie pozostał obojętny. Każdy na swój sposób go przeżywał. Warto podkreślić wybitne aktorstwo Andrzeja Seweryna, Dawida Ogrodnika, Aleksandry Koniecznej. Aktorzy byli łudząco podobni do realnych postaci, co jeszcze dobitniej pozwoliło wczuć się w życie Beksińskich. Na uznanie zasługuje także muzyka, przywołująca w pamięci cudowne lata 80. To z pewnością jeden z najlepszych debiutów reżyserskich ostatnich lat w Polsce,a sam film jest jak obrazy Beksińskiego – unikatowy.